Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Republika – z list przebojów na ekrany

Ryszard Kruk, „Republika – narodziny legendy”

 

O zespole Grzegorza Ciechowskiego napisano kilka książek, a teraz właśnie powstał film. Niespełna godzinny dokument Ryszarda Kruka „Republika – narodziny legendy” przypomina pierwszą część sagi o wybitnym pięściarzu Rockym Balboa. Pokazuje, jak to jest być pięknym, młodym i wygranym. Ale film nie szuka odpowiedzi, jak osiąga się nieśmiertelność.

Ryszard Kruk już samym tytułem filmu zapewnił sobie dobre alibi. Jego opowieść o Republice dotyczy wyłącznie lat 80. i końcówki wcześniejszej dekady. Przedstawia więc historię zespołu od poczęcia do momenty hibernacji w 1986 roku, kiedy drogi Ciechowskiego i pozostałych kolegów z zespołu na kilka lat się rozeszły. Autor dokumentu uznał, że to właśnie wtedy nastąpiła naturalna śmierć Republiki, a wszelkie jej późniejsze dokonania w latach 90. aż do faktycznej śmierci lidera, można omówić za pomocą krótkiej planszy informacyjnej pod koniec filmu. Oczywiście, można. Pytanie tylko, czy wypada. No i kiedy legenda Republiki faktycznie zaczęła się rodzić? Po rozstaniu z Janem Castorem? Po nagraniu pierwszej płyty? Po sławetnym koncercie w Jarocinie ’85? Czy po powrocie do życia po czteroletniej przerwie, wylansowaniu kolejnych przebojów (vide „Mamona”) i podtrzymaniu rynkowej hossy? A może dopiero po nagłej śmierci Ciechowskiego?

Reżyser wybrał najłatwiejszy w ocenie wyimek z życiorysu Republiki. Mniej interesuje go ujęcie problemowe, raczej periodyzacyjnie. Czyli biegnie z kamerą encyklopedycznym ściegiem. Najpierw mamy omówioną prehistorię zespołu, później czasy nowofalowe, następie przyglądamy się jak byt niezależny przystraja się w komercyjne piórka i jest za modny na Jarocin, by na końcu doczłapać do rozstania, opowiedzieć, dlaczego doszło do rozpadu i zasunąć kurtynę. Była legenda, nie ma legendy. Tyle to można się dowiedzieć z Wikipedii.

Oczywiście Kruk ma prawo fetyszyzować lata 80. Ma nie tylko prawo, ale i argumenty, bo przecież Ciechowski i spółka wtedy odnosili największe sukcesy. Wtedy też ustawili sobie karierę, zdobyli złote runo, płodzili przebój za przebojem i nawet jeśli piosenka nie miała być hitem (patrz: „Kombinat”), szybko się takim stawała. No i reżyser ma coś jeszcze – duży sentyment, bo chadzał do toruńskiego klubu Od Nowa na koncerty Republiki, poznał dość dobrze jej muzyków, a z Pawłem Kuczyńskim pracował nawet przy produkcjach telewizyjnych nad udźwiękowieniem reklam. Słowem swój człowiek, co na pewno pomogło w realizacji dokumentu, choć Zbigniew Krzywański odmówił udziału w filmie.

Mnie się nie bardzo podoba łopatologiczne odklepywanie historii zespołu (czy to w filmie dokumentalnym, czy w książce biograficznej), bo takie ujęcie trąci sztampą. Trzeba jednak Krukowi oddać, że solidnie odrobił zadaną sobie pracę domową. Dotarł z kamerą np. do Zbigniewa Rucińskiego – brata Wiesława, czyli słynnego (w republikańskich kręgach) nieżyjącego już Jana Castora, od którego zaczęła się historia tego zespołu. Kruk dowiaduje się od swojego rozmówcy, że pierwszy plakat Res Publiki – bo tak pierwotnie nazywała się grupa – miał prowokacyjną formę klepsydry, która śmiertelnie poważnie donosiła o upadku Rzeczpospolitej Polskiej, co w czasach wkraczającego w ponury okres socjalizmu brzmiało profetycznie. Co ciekawe, już wtedy zostały narzucone zespołowi biało-czarne ramy, które wkrótce powiewały na sztandarach pod sceną w całej Polsce.

Sięgając do korzeni, reżyserowi udało się dotrzeć do kilku archiwalnych utworów Res Publiki, które współtworzą ścieżkę dźwiękową do filmu. To folkowo-bluesowe „Daj ludziom dobry dzień” z wiodącą gitarą akustyczną, „Czas błazna” z obłędną, psychodeliczną solówką Ciechowskiego na flecie czy podłożone pod napisy końcowe filmu i też wygrzebane z archiwów „Odejdą” z progresywnymi akcentami oraz niby hipisowskimi zaśpiewami, ale ciągle bliższe bigbitowej proweniencji niż nowofalowym zapędom GC. W dokumencie Kruka inny z muzyków stacjonujących wówczas w Od Nowie – Grzegorz „Butelka” Kopcewicz – wspomina taką oto scenkę, kiedy z muzykami Republiki usłyszał po raz pierwszy „Szał niebieskich ciał” Maanamu – piękny kawałek, ale bluesowy, a granie bluesa było już wówczas staromodne, obciachowe, co natychmiast skonstatowali Republikanie. Oni grali nową muzykę i to jest chyba klucz do tajemnicy ich sukcesu. Ale czy do wytłumaczenia fenomenu legendy, którą stworzyli – nie wiem. Mnie to nie wystarcza.

Kruk do tego stopnia skupił się na korzeniach zespołu, że przepytał właściwie samych torunian (w filmie wypowiadają się szef Od Nowy Waldemar Rudziecki, lider Kobranocki Andrzej Kraiński, pianista jazzowy Bogdan Hołownia czy lokalny dziennikarz Trójki Zbigniew Ostrowski). Wyjątek stanowi w tym gronie Tomasz Lipiński z Brygady Kryzys. Może należało jednak urozmaicić zbiór interlokutorów, aby analiza legendy była bardziej pogłębiona? Z drugiej strony odpytywani wypowiadają się rzeczowo i kompetentnie, przez co film trzyma poziom, w przeciwieństwie do książki Jana Kulasa o „wybitnym artyście rodem z Tczewa” (bo tam się de facto urodził Ciechowski), która bazując na wspomnieniach o dzieciństwie i latach młodości lidera Republiki autorstwa jego kolegów z klasy (czyli też lokalnego środowiska), jest pozycją – za sprawą infantylnych spostrzeżeń i grafomańskich wybryków językowych – wręcz kuriozalną.

Do treści filmu Kruka można mieć zastrzeżenia, za to forma powinna zaspokoić bardziej wybrednych fanów. Autor pokazuje archiwalne zdjęcia Jana Castora, sięga po niewyeksploatowanych medianie rozmówców (legendarny menedżer Andrzej Ludew), puszcza w tle archiwalne piosenki, o których już była mowa, oraz dba o szczegóły – cały film jest czarno-biały, za wyjątkiem jednej „pokolorowanej” sceny. Jakiej? Odsyłam do filmu – 3 marca dokument „Republika – narodziny legendy” ma trafić do kin.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *