Ocena redakcji

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Szczerze o polskim jazzie

Jerzy Milian, „Wiem i powiem”, GAD Records

 

W moich wypowiedziach starałem się unikać nazwisk ludzi mi nieżyczliwych – ze względu na pamięć o zmarłych bądź z uwagi na ich potomków. Tę regułę stosuję od 1990 roku. Nie dotyczy ona spraw wcześniejszych – pisze w swojej książce biograficznej Jerzy Milian, wybitny polski wibrafonista.

Muszę przyznać, że zabierałem się do tej lektury z pewną taką nieufnością. W końcu na rynku co chwila ukazuje się czyjaś biografia, czyjeś przemyślenia, czyjś przepis na sukces, a półki jękliwie uginają się pod ciężarem tej „lekkomyślnej literatury”. Jeśli chodzi o pisanie powojennych dziejów polskiego jazzu, wydawało mi się, że już wszystko napisano, opowiedziano; że wszystko już wiadomo. Po książkach o Komedzie, Stańce czy Urbaniaku, esejach Tyrmanda i felietonach Kisiela nic więcej już nie powinno zadziwić ani zaskoczyć. A jednak kieszonkowych rozmiarów biografia Miliana odsłania wstydliwe kulisy jazzowej branży. Oto bowiem widać jak na dłoni, że w gronie wielkich muzycznych osobowości nie wszyscy grali fair.

Autor – i zarazem świadek narodzin jazzu w Polsce – opisuje jak, mimo sukcesów zagranicznych, komisja artystyczna Jazz Jamboree starała się nie dopuścić do jego występu na scenie w 1965 roku; jak publicysta Adam Sławiński deprecjonował międzynarodowe osiągnięcia Miliana i czyniąc wyraźne aluzje, pisał w prasie, że w środowisku jazzmanów była tylko jedna czarna owca, która należała do partii; jak menedżer grupy Novi Singers „wykolegował” naszego bohatera z wyjazdu do Lublany na prestiżowy festiwal. Jest też śmieszna historia nagrody Złotego Helikona (dla jazzowego muzyka roku), przyznana Milianowi, ale do tej pory nikt laureatowi tego wyróżnienia nie wręczył. Autor nie wylewa jednak żali, nie zgłasza pretensji ani nie domaga się reparacji – po prostu zgodnie z tytułem książki, opowiada, jak było.

Relacjonowanie zamierzchłej przeszłości, której było się i uczestnikiem, bez owijania w bawełnę powoduje, że podróż wehikułem czasu Miliana upływa przyjemnie i wcale nie chce się wysiadać. Bo te wspomnienia są dalekie od poprawności politycznej. Nie może być jednak inaczej, przecież prawie 83-letniemu emerytowanemu muzykowi nie zależy na środowiskowym uznaniu, obecności w mediach czy intratnych zleceniach. On już swoje zrobił, nie musi więc inkrustować rzeczywistości. Tym cenniejsze są refleksje autora dotyczące na przykład sytuacji w radiu i telewizji w latach 60. (Milian prowadził rozrywkowe orkiestry radiowe), kiedy pisze o harcersko-studenckim lobby odpowiedzialnym za kreowanie przebrzmiałych mód wśród słuchaczy. W ten sposób nakręcano popyt na powstające jeden po drugim chóry żeńskie. Konkluzja Miliana jest smutna, ale prawdziwa: Do dzisiaj obowiązuje w Polskim Radiu hasło, że gusta redaktorów muzycznych są gustami narodu.

Proszę tylko nie utożsamiać Miliana ze zgorzkniałym starcem pozbawionym poczucia humoru. Anegdoty z tej książki też da się wyłowić. A choćby taką, że kiedy Zofia Komedowa (żona tego Krzysztofa) wpadała na trasie do pokoju muzyków zrobić im pobudkę, mówiła: Chłopcy, kiedy wchodzę do was, trzymajcie ręce na kołdrze!”. I komentarz Miliana: „Byłbym ostatnim, który na widok Zofii kładłby ręce na kołdrze, ale nigdy nie odważyłem się zapytać Krzysztofa, czy też otrzymuje takie polecenia.

Przyznam szczerze, że moje zainteresowanie Milianem spowodował wibrafon – instrument nie tak bardzo popularny w jazzowym arsenale muzycznym jak saksofon, trąbka czy kontrabas. Z lektury „Wiem i powiem” można nieco lepiej poznać ten tajemniczy sprzęt generujący wysublimowane dźwięki. To bez wątpienie wierny towarzysz solistów, z czym zgadza się sam autor pisząc: Wibrafon, obok bębnów, jak żaden inny instrument ciągnie niebezpiecznie w kierunku zaplanowanego efekciarstwa. Co bywa zgubne, bo ekstrawagancja w muzyce musi mieć – zdaniem Miliana – sensowne uzasadnienie: Chronicznie natomiast nie znoszę, kiedy młody muzyk bierze do ręki cztery pałki i biczuje wibrafon interwałami kwart albo trzaska oktawami – czy to potrzebne, czy nie.

Biografię Miliana czyta się jednym tchem, bo tu nie ma naginania faktów, dowartościowywania się kosztem innych czy praktykowania martyrologii, na którą autor jest szczególnie wyczulony, i którą z niesmakiem obserwuje u kolegów po fachu. Przyjemnie się pije tę kawę na ławę. Poza tym pod każdym rozdziałem znajdują się przypisy, objaśniające niektóre omawiane pojęcia w tekście oraz – przede wszystkim – metryczki muzyków i animatorów ruchu jazzowego. Jest też szczegółowo opracowana dyskografia polskiego wibrafonisty. Dostajemy więc Miliana w pigułce.

Ja tę pigułkę połknąłem w jeden wieczór. I nie mam zgagi.

 

Konrad Wojciechowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *